like it

niedziela, 15 marca 2015

Wiedza, którą warto promować. Cz. 1

"Wszystkie dotychczas wymyślone i stosowane recepty w przeszłości, a także i obecnie stosowane w celu poprawienia świata zawsze były nieskuteczne i obecnie skuteczne nie są. Takie są fakty, taka jest prawda. Przy powszechnym założeniu, że tak jak jest – jest dobrze i lepiej być nie może, wystarczy tylko to i owo nieco poprawić, nawet nie szuka się sposobu na przyczynowe wyeliminowanie chorób i wszelkiej patologii z ludzkiego życia. Albowiem ludzie nigdy nie mogę szukać czegoś, o czym nawet nie wiedzą, że to coś istnieje.

Przyjmowanie za normalne czegoś, co nie jest normalne i czego w biologicznie zdrowym gatunku być nie może, zawsze świadczy o niesprawności układu odbierającego informacje, przetwarzającego dane i wyciągającego praktyczne wnioski. Jeżeli te wnioski zastosowane w praktyce, nie dają korzystnych efektów ( a które dały?), a nawet z zasady pogarszają istniejący stan rzeczy, to wniosek może być tylko jeden.

Aparaty znajdujące się w ludzkich głowach są niesprawne. Działają źle. Niezbyt często pojawiający się ludzie o sprawniejszych umysłach , których Sołżenicyn nazywał ludźmi myślącymi i znajdował ich nie więcej jak trzech na każde 100 lat, potrafili zauważyć co jest źle i gdzie jest źle. Niektórzy nawet potrafią wskazać wyższą przyczynę zła i wskazać miejsce w którym należy poszukiwać tej przyczyny. Takim człowiekiem był prof. Julian Aleksandrowicz. Wiedział on, nieważne od kogo, że „wszelkie trudności gospodarcze, społeczne, polityczne, a także wszystkie choroby mają swoją przyczynę w wadliwej strukturze i w wadliwej czynności mózgów ludzkich, a ta wadliwa struktura i wadliwa czynność mózgów u wszystkich (prawie) ludzi była i jest spowodowana czynnikami EKOLOGICZNYMI”. Czyli zewnętrznymi. Czyli nie genetycznymi. Czyli możliwymi do usunięcia. Zatem w czynnikach środowiskowych, zwanych ekologicznymi, trzeba szukać tej wadliwej struktury i wadliwej czynności ludzkich mózgów.

Drugi z myślących XX wieku Erich Fromm potrafił spojrzeć na ludzkość z zewnątrz. Cóż on takiego w tej ludzkości zobaczył. Pisał tak: „Patrząc z zewnątrz jesteśmy bandą szaleńców, których właściwie należałoby izolować, ale kto kogo ma izolować, skoro wszyscy są szaleni, a każdy uważa swoje szaleństwo za normę”. Jak dotąd ludzie doskonale izolują się sami w piekle, które SAMI sobie stworzyli, już tu, na Ziemi. „To ludzie porobili, że nieszczęśliwym jest człowiek” - pisał Staszic. Jan Paweł II, który również potrafił zauważyć to, czego inni zauważyć nie mogą, w jednej ze swych pierwszych encyklik ( Dives et Mizerykordia) napisał: „Widocznie istnieje wadliwy mechanizm , który legł u podstaw całej cywilizacji ludzkiej i całej cywilizacji materialnej”. Nasz wielki rodak zauważył, że z rodzajem ludzkim jest coś źle. Że źle jest od początku, od podstaw.

Ta sama wypowiedź podana przez człowieka wiedzącego (umysły typu Staszica, czy Sedlaka) wyglądałaby następująco: "Istnieje wadliwy mechanizm itd.". Ta sama wypowiedź podana przez człowieka mądrego brzmiałaby następująco: „Przyczyną wadliwego mechanizmu, który... - jest wadliwa struktura czynności mózgów ludzkich, a przyczyną tej wadliwej struktury i wadliwej czynności, są błędy w zaopatrywaniu własnego organizmu, wymuszające chorą czynność umysłu”. Te błędy, popełnione przez naszych dalekich przodków są znane jako tak zwany grzech pierworodny.

Ludzie dotychczas nie wiedzieli i nie wiedzą obecnie na czym ten grzech polegał i nie wiedzą, co trzeba czynić, aby skutki tegoż grzechu usunąć z własnych organizmów, a najważniejsze - usunąć z własnych umysłów. Nie rozumieją jego skutków podanych w Księdze Rodzaju. Ludzie nie mogą znaleźć przyczyny nieszczęść, które ich trapią, bo narzędzie koniecznie potrzebne do znalezienia tej przyczyny, było popsute, co uniemożliwia szukanie tam, gdzie szukać trzeba, jak i wszelkie inne szukanie. Popsute narzędzie stosowane w technice daje zły produkt. Popsute narzędzie umieszczone w ludzkich głowach również daje zawsze złe produkty. Inaczej być nie może." dr JK.

piątek, 13 marca 2015

My, roczniki 50-60-70-80 XX w.

My, urodzeni w latach 50-60-70-80 tych, wszyscy byliśmy wychowywani przez rodziców patologicznych. Na szczęście nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominamy z nostalgią lata 60-70- 80. Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy). Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy, jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.

Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna. Dzięki temu nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za smarowanie dzieci spirytusem. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce skutkował bezwzględnie karami.

Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo – jak zwykle. Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą już do niej wracać. Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.


Zimą któryś ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy trochę się baliśmy. Dorośli nie wiedzieli, do czego służą kaski i ochraniacze. Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego. Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a Milicja zajmowała się sprawami dorosłych.

Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka. W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać. Pies łaził z nami – bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na sznurku i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas później na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze. Mogliśmy dotykać inne zwierzęta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.

Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie obsikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył po tej czynności rąk. Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić Dzień Dobry i nosić za nią zakupy. Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień Dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień Dobry wymusić. Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka. Za to potem robił nam bańki mydlane z dymem fajki w środku. Fajnie się dym później rozchodził po podłodze jak bańka pękła.

Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo. Do szkoły chodziliśmy półtora kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów. Musieliśmy znać tabliczkę mnożenia, pisać bezbłędnie (za 3 błędy nie zdawało się matury z polaka). Nikt nie znał pojęcia dysleksji, dysgrafii, dyskalkulii i kto wie jakiej tam jeszcze dys… Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot. Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.

Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść. Jedliśmy też koks, szare mydło, Akron z apteki, gumy Donaldy, chleb masłem i solą, chleb ze śmietaną i cukrem, oranżadę do rozpuszczania oczywiście bez rozpuszczania, kredę, trawę, dziki rabarbar, mlecze, mszyce, gotowany bob, smażone kanie z lasu i pieczarki z łąki, podpłomyki, kartofle z parnika, surowe jajka, plastry słoniny, kwasiory/szczaw, kogel-mogel, lizaliśmy kwiatki od środka. Jak kogoś użarła przy tym pszczoła to pił 2 szklanki mleka i przykładał sobie zimną patelnię.

Ojciec za pomocą gwoździa pokazał, co to jest prąd w gniazdku. To nam wystarczyło na całe życie. Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz. Jak się ktoś skaleczył, to ranę polizał i przykładał liść babki. Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi, ciepłe mleko prosto od krowy, kranówkę, czasami syropy na alkoholu za śmietnikiem żeby mama nie widziała, lizaliśmy zaparowane szyby w autobusie i poręcze w bloku. Nikt się nie brzydził, nikt się nie rozchorował, nikt nie umarł. Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.

Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd. Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem. Bawiliśmy się w klasy, podchody, chowanego, w dwa ognie, graliśmy w wojnę, w noża (oj krew się lała ), skakaliśmy z balkonu na kupę piachu, graliśmy w nogę, dziewczyny skakały w gumę, chłopaki też jak nikt nie widział. Oparzenia po opalaniu smarowaliśmy kefirem. Jak się głęboko skaleczyło to mama odkażała jodyną albo wodą utlenioną, szorowała ranę szczoteczką do zębów i przyklejała plaster. I tyle. Nikt nie umarł.

W wannie kąpało się całe rodzeństwo na raz, później tata w tej samej wodzie. Też nikt nie umarł. Podręczniki szanowaliśmy i wpisywaliśmy na ostatniej stronie imię, nazwisko i rocznik. Im starsza książka tym lepiej. Jak się poskarżyłeś mamie na nauczyciela to jeszcze w łeb dostałeś. Jedyny czas przed telewizorem to dobranocka. Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością. Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie, koledzy ze starszej klasy, pani na świetlicy albo woźna jak już świetlica była zamknięta. Nasze mamy rodziły nasze rodzeństwo normalnie, a po powrocie ze szpitala nie przeżywały szoku poporodowego – codzienne obowiązki im na to nie pozwalały. Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.

Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani. My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli jak nas należy „dobrze” wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!"

Znalazłem ten tekst w Internecie, autor nieznany! Jest to obezwładniająca ilustracja tego jak my byliśmy wychowywani wtedy a tym co się dzieje obecnie. Biedne te nasze wnuki!!!!!

środa, 12 czerwca 2013

Odkrywajmy prawdę

Ofiara Auschwitz mówi prawdę!

Ukryta prawda!

Żyjemy w czasach w których kłamstwo stało się głównym elementem relacji międzyludzkich. Wymyślenie teorii ewolucji człowieka oraz uruchomienie procesów laicyzacji społeczeństwa spowodowało upadek najmocniejszych barier przeciwko ludzkiej niegodziwości: wiary w Boga i Dekalogu oraz wynikającego z tego strachu przed piekłem i karą za grzechy. Pojawiły się systemy organizacji społeczeństwa, które wręcz oparto na zasadach przeciwnych Dekalogowi, dopuszczając do zabijania (eutanazja, aborcja), kłamstw i oszustw (polityka, marketing), zaboru mienia (nacjonalizacja), cudzołóstwa (pornografia), zaniku szacunku dla rodziców oraz kreowania coraz to nowych bogów (Stalin, Hitler, Mao w polityce). Obecnie głównym takim systemem jest oczywiście socjalizm z jego wynaturzonymi formami: komunizmem, narodowym socjalizmem, faszyzmem. W tym systemie ogranicza się lub likwiduje własność prywatną środków produkcji. Istnieją też dyktatury „ludzkich bożków”, w których dopuszcza się własność prywatną środków produkcji. W takim systemie było Chile za Pinocheta, a obecnie chyba Chiny, z partią komunistyczną traktowaną jako "polityczny bożek".

Od ponad 50-ciu lat zgłębiam mechanizmy rządzące światem i społeczeństwem ludzkim. Jako młody człowiek zafascynowany byłem Biblią, a następnie "Kapitałem" Marksa i Manifestem Komunistycznym. Grudzień 1970 r. obalił moją fascynację socjalizmem. Ta fascynacja nazywana jest "dziecięcą chorobą lewicowości" i również dzisiaj dotyka dużej grupy młodych ludzi. Na przełomie lat 70 i 80 XX wieku zająłem się wymuszoną działalności partyjną i niewymuszonym zgłębianiem dzieł Lenina i innych komunistyczny teoretyków. W latach 80 wyjechałem na Zachód i miałem okazję poznać istniejący jeszcze wtedy kapitalizm. Lata 90 XX wieku to okres budowy i aktywnego wykorzystania środków masowej informacji. Byłem wydawcą programu telewizyjnego, periodyku gazetowego oraz inicjatorem uruchomienia HiSpeed Internet-u w sieci kablowej. Pierwsza dekada XXI wieku to okres zgłębiania mechanizmów odżywiania się ludzi. Stosowane różnorodne i odmienne modele żywieniowe mają największy wpływ na to kim dany człowiek jest i jakie jest jego życie i zdrowie. W tym okresie poznałem różne modele żywieniowe, od Diety Optymalnej, modeli wegetariańskich, diety Atkinsa, Motignaca aż do najbardziej dla mnie przekonywującego i uzasadnionego medycznie modelu Lutza.

To wszystko pozwala mi stwierdzić, że w obecnych czasach prawda dotycząca społeczeństwa i człowieka jest głęboko ukryta pod ogromnymi zwałami kłamstwa. Zatem moim zamiarem i misją jest odkrywanie tej prawdy krok po kroku. Posty publikowane na tym blogu nie będą powiązane tematycznie, co może sprawiać wrażenie chaosu. Jednak jest to zabieg celowy, gdyż nie chcę popaść w monotonnie, odsłaniając prawdę tylko w jednym obszarze życia np. żywieniu. Jednak ich wspólnym mianownikiem będzie próba odpowiedzi na pytanie: jaka jest PRAWDA? Posty, których tematyka wzbudzi największe zainteresowanie będą oczywiści rozwijane i pogłębiane.

A to jest moje motto:
Prawda jest prosta i broni się sama! 
Skuteczne kłamstwo jest bardzo skomplikowane i zagmatwane, dlatego potrzebuje licznych wyznawców i obrońców!

sobota, 18 maja 2013

Pieniądz – jaka jest jego istota i funkcja?

Obowiązująca w społeczeństwach definicja pieniądza została narzucona przez propagandę i szkolnictwo ekonomiczne oparte na marksizmie i traktuje pieniądz jako „towar” znajdujący się w dyspozycji władzy (rządu). Jest to definicja z gruntu błędna, mająca na celu ukrycie prawdziwych powiązań ekonomicznych między ludźmi i uzasadnienie tzw. użyteczności wymuszonej. Moja definicja pieniądza jest następująca:

„Pieniądz jest elementem wymiany handlowej w społeczeństwie ludzkim określającym użyteczność danego człowieka (osoby) dla innych ludzi (osób)”.
Użyteczność taką dzielimy na:
  1. naturalną – wynikającą z talentu, wiedzy, ciężkiej pracy, zdrowego rozsądku, doświadczenia i szczęścia, itd.,
  2. wymuszoną – wynikającej z władzy związanej z szeroko pojętym bezpieczeństwem lub monopolu zdobytego (przeważnie we współpracy z władzą) w gospodarce, polityce, informacji, kulturze, religii itd.
Funkcja pieniądza określona wyżej realizowana jest poprzez policzalne elementy systemu monetarnego takie jak: koraliki, muszelki lub zwierzęta domowe w dawnych czasach, złote lub srebrne monety bite przez władców, metalowy bilon i papierowe bilety bankowe o zróżnicowanych nominałach, emitowane przez banki narodowe, centralne lub upoważnione instytucje prywatne, aż do liczbowych zapisów księgowych (pieniądz wirtualny) wykorzystywanych w rozliczeniach handlowym z zastosowaniem kart debetowych lub kredytowych.


Pieniądz jest oczywiście najważniejszym elementem każdego społeczeństwa (money makes the world go round), dlatego w świetle powyższej definicji „człowieka wolnego” należałoby określić następująco:

Człowiekiem wolnym jest ten członek społeczeństwa ludzkiego, który nie podlega użyteczności wymuszonej innych ludzi lub świadomie, dobrowolnie, bez przymusu i w ograniczonym zakresie na nią się godzi”.

wtorek, 12 marca 2013

Ciekawa interpretacja Dekalogu!

"W Wielkiej Brytanii i Hiszpanii rozpoczęła się kampania propagująca ateizm i radość życia. Podobno ma zostać rozszerzona również na Stany Zjednoczone, co skłania do podejrzeń, że inspiruje ją jakaś międzynarodówka. Kampania prowadzona jest pod hasłem, że Boga prawdopodobnie nie ma, więc w tej sytuacji można cieszyć się życiem. Wynikałoby z tego, że istnienie Boga w jakiś sposób koliduje z radością życia. To bardzo poważna sprawa, więc wypada sprawdzić, czy tak jest rzeczywiście.

W przypadku chrześcijaństwa i wyznania mojżeszowego z istnienia Boga wynikają dla ludzi pewne konsekwencje, które przybrały postać 10 przykazań. Jak się wydaje, nie jest to wiele, zwłaszcza, gdy porównać je z ustawodawstwem Unii Europejskiej, które wydaje się nieporównanie bardziej rozbudowane i skomplikowane. Ale nawet nieliczne reguły mogą być bardzo dotkliwe, więc tym bardziej wypada sprawdzić, czy przykazania Dekalogu sprzeciwiają się radości życia, czy nie.

Pierwsze przykazanie przestrzega, by nie wierzyć w innych bogów. Jest to całkiem rozsądne, bo jeśli istnieje Bóg, to z definicji musi on być jeden, ponieważ bogowie pośledniej rangi byliby postaciami raczej komicznymi. Przykazanie to nie jest sprzeczne z logiką, a zatem trudno zarzucić mu sprzeczność z radością życia. Taką sprzeczność można byłoby zarzucić tylko wtedy, gdyby radość życia wymagała zerwania z logiką, a przecież tak chyba nie jest?

Drugie przykazanie przestrzega przed nadużywaniem boskiego autorytetu. To też jest zupełnie oczywiste i kiedy taki np. ksiądz Stojałowski, jeden z ojców ruchu ludowego, postępował odwrotnie, to bywało, że chłopi go bijali.

Przykazanie trzecie zawiera radę, by „święcić” dzień święty. Święcić – to znaczy zastanawiać się nad własnym postępowaniem, własnym miejscem we Wszechświecie, a także – czy świat jest przypadkowy, chaotyczny, czy jest Bóg, czy go nie ma... To przykazanie jest życzliwą radą, by od czasu do czasu trochę pomyśleć – a więc i ono nie jest sprzeczne z radością życia, chyba, że radość życia miałaby polegać na kompletnej bezmyślności. Ale chyba i ateiści tak nie uważają, a najlepszym tego dowodem jest to, że oni też zastanawiają się, czy Bóg jest, czy go nie ma.

Czwarte przykazanie radzi, by szanować rodziców. Ono też nie wydaje się sprzeczne z radością życia. Przeciwnie – wzajemny szacunek między ludźmi, zwłaszcza sobie bliskimi, raczej radości życia sprzyja, a w każdym razie – sprzyja bardziej, niż wzajemna nienawiść i pogarda.

Przykazanie piąte przestrzega, by nie zabijać. Takie przykazanie mogłoby przeszkadzać w odczuwaniu radości życia tylko jakimś zwyrodnialcom, więc szkoda każdego słowa.

Przykazanie szóste przestrzega przed cudzołóstwem, a więc – przed przedmiotowym traktowaniem innych osób w sferze najintymniejszej. Jeśli by uznać, że to ono sprzeciwia się radości życia, to chyba tylko w przypadku skrajnych egoistów, w dodatku – prymitywnych, którzy uznają tylko własną przyjemność i to wyłącznie fizyczną. Ale to są chamy, a czyż radość życia ma być zarezerwowana tylko dla chamów?

Przykazanie siódme zabrania kradzieży. Ono może być traktowane jako utrudnienie tylko przez złodziei, więc – jak w przypadku przykazania piątego – szkoda każdego słowa.

Przykazanie ósme przestrzega przed kłamstwem, a zwłaszcza – oszczerstwem. Z lekceważenia tej przestrogi radość życia mogą czerpać osoby o mentalności gestapowskich albo ubeckich konfidentów, a więc ludzie pozbawieni minimum poczucia własnej godności. Jeśli nawet odczuwają oni radość życia, to musi to być coś wyjątkowo podłego i żałosnego.

Wreszcie przykazanie dziewiąte i dziesiąte, skierowane przeciwko socjalistom, którzy z ekscytowania w ludziach pożądania cudzej własności uczynili fundament własnej ideologii. Bardzo słuszne przykazanie, bo jeśli ktoś nie potrafi nad takim pożądaniem zapanować, to prędzej czy później złamie przykazanie siódme, a kto wie – czy i nie piąte. Widać gołym okiem, że respektowanie tego przykazania raczej sprzyja radości życia, niż ją niweczy.

Jak widać, podstawowe hasło tej kampanii jest bałamutne; istnienie Boga wcale nie koliduje z radością życia. Mamy zatem dwie możliwości: albo promotorzy tej kampanii to banda idiotów, która sama nie wie, co mówi, albo banda sfrustrowanych łobuzów, która z jakichś zagadkowych przyczyn chciałaby upowszechnić swoje psychiczne mankamenty. Trudno powiedzieć, która z tych możliwości jest bardziej uprzejma."

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=640